Na wsi mieszkało nam się nieźle. Okolica była ładna, do Wisły niedaleko, spokojne sąsiedztwo i własny ogródek, w którym uprawialiśmy warzywa. Dwie rzeczy były trudne: daleko do naszej wspólnoty wierzących i zima.
Na spotkania modlitewne jeździliśmy do Tczewa. Niby niedaleko, bo kilkanaście kilometrów, ale dojazd był trudny. Do miasta kursowało tylko kilka autobusów dziennie, a z powrotem było beznadziejnie, gdyż ostatni bus jechał około 20.00, a spotkania kończyły się ok.21.30. Samochodu nie mieliśmy, lecz był rower, więc używałem go do momentu, gdy mi go nie ukradli. To uczyniło powrót trudniejszym, bo trzeba było wracać pieszo przez mroczne pola. Gdy samotnie maszerowałem polami było ciemno jak w grobie, a jednocześnie otaczały mnie różne odgłosy. Ponieważ byłem mieszczuchem nie potrafiłem ocenić, czy grozi mi jakieś niebezpieczeństwo, czy nie. Kiedyś z jakiejś wsi urwał się duży pies. Szedł tak blisko za mną, że słyszałem wyraźnie jego oddech, ale nie widziałem zupełnie nic. Przypomniałem sobie, że nasza znajoma ze wsi opowiadała, że mieszka tutaj taki jeden, co w nocy spuszcza dwa wielkie psy, żeby nikt do jego domu nie śmiał podejść. To wspomnienie zasadniczo mi nie pomogło. Testu na bohatera nie zdałem, ale doznałem wtedy nieprzeciętnej lekkości w modlitwie i nagle przypominały mi się słowa wielu psalmów, w których autorzy wołali o ratunek do Boga.
Zima była trudna, gdyż w zimie było … zimno. Mieszkaliśmy w szkole i póki były lekcje kaloryfery były ciepłe. Lekcje kończyły się przed obiadem i zaczynało robić się chłodno. Miałem już wtedy dwóch małych synów, a temperatura w ich pokoju spadała do 8 stopni C. W dużym pokoju do 14 stopni. Wielki szkolny piec znajdował się w piwnicy, która na wszelki wypadek była zakluczona. Kiedyś było tak zimno, że nasi sąsiedzi, również nauczyciele, przyszli do nas i jedną noc koczowaliśmy w kuchni, bo mieliśmy tam westfalkę. Byliśmy bardzo rozgniewani, bo osoba, która miała dbać o piec nie wywiązywała się ze swoich obowiązków. My dosłownie zamarzaliśmy, a nasze dzieci były ciągle chore. Na dodatek próbowano nas oskarżać, że kradniemy szkolny węgiel! Kiedyś świeżo zakupioną Syrenką wyjechaliśmy do Tczewa, ale szybko wróciliśmy do domu, a tutaj osoba, która w naszych oczach była sprawcą zimnej wojny, wyjeżdżała ze szkoły pchając przed sobą taczkę wypełnioną szkolnym węglem. Przywitała nas grzecznie, po czym wzięła kurs na prywatna piwnicę.
Kiedyś jechałem busem do miasta i modliłem się. W pewnym momencie Bóg przemówił do mnie słowami „…jak świadczyłeś o mnie w Jerozolimie, tak musisz świadczyć i w Rzymie”(Dz.Ap.23:11). Zadał mi też pytanie, czym dla mnie jest Jerozolima, a czym Rzym. Jerozolimą dla mnie był wtedy Tczew, a Rzymem Warszawa. Wtedy Bóg powiedział mi, że tam mnie pośle.
Po jakimś czasie otrzymałem rewelacyjna propozycję. Zaproponowano mi mieszkanie w Tczewie z 50% dopłatą do wynajmu. Radość nasza była wielka. Zależało nam na tym, aby tam zamieszkać w miejscu, gdzie spotyka się nasza wspólnota. W tym sensie Tczew był dla nas Jerozolimą – miejscem uwielbiania Boga. W dniu przeprowadzki, kiedy wszystko już było spakowane zadzwonił telefon z trudną wiadomością: dofinansowania nie będzie. Powodu nie podano. Zostaliśmy na wsi.
Od momentu nawrócenia przestałem wierzyć w przypadki. Przypuszczałem, że zatrzymał nas Bóg, ale nie wiedziałem dlaczego! Po jakimś czasie, gdy emocje zupełnie opadły i zgodziłem się z Jego wolą, Pan odpowiedział mi, że jest we wsi osoba, której nie przebaczyliśmy. Niby nic wielkiego się nie działo, ale zimna wojna trwała. Było gorące lato i ciepłe kaloryfery na razie nie były potrzebne, ale w naszych sercach było coś bardzo chłodnego…
Postanowiliśmy przebaczyć. Jak? Po prostu przez wiarę! Nie mieliśmy żadnych pozytywnych odczuć, ale zgodziliśmy się z Bogiem i postanowiliśmy, że o tej osobie nie będziemy ani źle mówić, ani źle myśleć. To tyle! Dzisiaj widzę wyraźnie, że gdyby nie ta DECYZJA Bóg nie zrealizowałby swojej woli względem nas: nie byłoby wyjazdu do Tczewa, nie mówiąc już o Warszawie.
Nasze decyzje o trwaniu w nieprzebaczeniu są wystarczającym powodem, by zgodnie z Bożym Słowem nieprzyjaciel mógł nas okraść. Z tego powodu wiele proroctw nigdy się nie wypełni. Na szczęście Duch Święty potrafi mówić! Wystarczy słuchać i dostosować do Jego słów nasze życie.
1 komentarz for MŚ 6-Zimna wojna
ABCD | 8 czerwca 2010 at 19:11


Genialne.